en

MARY KOMASA

Wrocław Sala Gotycka 13.10.2015,

PREZENTUJE SWÓJ DEBIUTANCKI ALBUM

Mary Komasa, wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów, instrumentalistka, przyjeżdża do Wrocławia, aby zaprezentować publiczności swoją długo oczekiwaną płytę. Koncert odbędzie się 14 października w Sali Gotyckiej w Starym Klasztorze w ramach cyklu City Sounds.

“Jestem pewna że śpiewałam wcześniej niż nauczyłam się mówić. Wyrosłam na muzyce gospel, śpiewanej przez moją mamę. Chodziłam na koncerty gospel z moją rodziną. Tam każdy mógł śpiewać prosto z serca. Uwielbiałam to. Trafiłam do wyjątkowej podstawówki muzycznej, gdzie dawano nam mnóstwo swobody. Brałam udział w każdym mini playback show. Wszyscy wiedzieli, że mimo że jestem w klasie fortepianu, kiedyś będę śpiewać. Ukształtował mnie także mój starszy brat – fan hip hopu i r’n’b. Nasze dzieciństwo przypadało na wczesne lata 90, kiedy ta muzyka przeżywała największy boom. Fugees, TLC, Erykah Badu, Brandy… słuchałam tego non stop, śpiewając do dezodorantu.” Mary wyrosła w artystycznej rodzinie w Warszawie. Rozpoczęła edukację muzyczną w wieku sześciu lat. Uczyła się gry najpierw na fortepianie, potem na organach i klawesynie. “Z natury byłam nieśmiała i strachliwa i dlatego właśnie wybrałam organy – instrument, dający poczucie siły i odwagi. Granie na nim było dla mnie jak prowadzenie statku kosmicznego – wymagało zaangażowania całego ciała i umysłu”. Równolegle studiowała śpiew operowy. „Doszłam do tego, że chciałam być jednocześnie Erykah Badu i Musettą. W końcu musiałam dokonać wyboru.”

W młodym wieku zdecydowała się rozpocząć życie na własną rękę. Postanowiła wyruszyć do Paryża. Znalazła się z dnia na dzień w samym środku życia towarzysko-artystycznego, w którym krzyżują się ze sobą różne kultury i środowiska. Paryż dał jej poczucie wolności twórczej.

“Inspirują mnie długie wyprawy samochodem, lotniska, hotele… Te anonimowe miejsca budzą we mnie tęsknotę i melancholię. Z tych emocji rodzą się pomysły na nowe utwory. Na przykład „Oh Lord” powstało w drodze z LA do Las Vegas. Słuchałam 4. Symfonii Lutosławskiego. Zostawiłam za sobą wielkie miasto, mając jeszcze w głowie obrazy z wystawy o Stanleyu Kubricku. Wjeżdżałam w księżycowy, martwy krajobraz. Otaczała mnie dziwna, surrealna aura. Wszystko we mnie buzowało. Było w tym coś przerażającego, a zarazem kuszącego.”

Następnym przystankiem Mary był Berlin. Stworzyła zespół muzyczny, składający się z wyrazistych osobowości. Jej piosenki trafiły w końcu do jednego z najsłynniejszych producentów muzycznych w Berlinie. Guy Sternberg pracował wcześniej między innymi przy projektach Feist, Yoko Ono i Depeche Mode. Zakochał się w utworach Mary i zaproponował, że wyprodukuje jej debiutancką płytę. Szybko odnaleźli wspólny język. Guy pomógł Mary stworzyć jej charakterystyczne brzmienie. Użył do tego całego arsenału oryginalnych instrumentów i mikrofonów z lat 60 i 70. To Guy wybrał dla Mary taki sam mikrofon, do jakiego śpiewała Billie Holliday. Powstał niezwykły zestaw utworów, jednocześnie bardzo zróżnicowany i spójny, sięgający do źródeł i odważnie łączący je z nowoczesnymi brzmieniami. Słychać w nim echa muzyki gospel, bluegrass, klasycznego rocka, a także New Wave, czy ambitnej muzyki filmowej. Narracja tej płyty jest bliska języka kina:

“Najlepszym sprawdzianem czy piosenka działa, jest dla mnie wyobrażenie jej sobie pod napisami końcowymi do filmu. Zabierając się do pisania utworu, zaczynam od sięgania do wspomnień. Staram się stworzyć w wyobraźni filmową scenerię, ze mną w roli głównej. Potem szukam zdania, hasła czy słowa, od którego mogłabym zacząć pisanie. Na przykład: “Come”, “Farewell”, “Don’t leave me here”. Tak zaczyna się każda z moich opowieści. Co staram się nimi przekazać? Że formują nas wszystkie nasze życiowe doświadczenia, zarówno te pozytywne jak i te, o których chcielibyśmy zapomnieć. Zamiast starać się wymazać je ze świadomości, starajmy się przekuć je we własną siłę.”

scroll to top